poniedziałek, 12 stycznia 2015

Rozdział dwudziesty ósmy

Jade's P.O.V






To nie tak, że nie chce z nimi rozmawiać. Po prostu nie mogę. Nie mogę się ruszyć, mówić, nawet otworzyć oczu. O ile do tej pory było mi przyjemnie i panowałam w sennym nastroju, tak teraz bardzo chce się z niego wybudzić. Naokoło siebie słyszę tylko urywki rozmów:
- Na pewno nic jej nie będzie?
- Nie trzeba jej zabrać do szpitala?
- Pani doktor, jest pani pewna?
Mrużę kilka razy oczy, a to i tak zabiera mi zbyt dużo energii. Mam ochotę wstać i dowiedzieć się, co się właśnie stało.
- Jade? Słyszysz nas? - pyta jakiś głos. Jest znacznie bliżej od pozostałych i znam go lepiej. Harry? - Pani doktor, ona chyba już nie śpi. 
- Naprawdę? Zobaczmy - Światło, zapewne latarki, przedziera się przez moje powieki. Marszczę czoło niezadowolona z tego faktu. - Rzeczywiście. Jade, kiedy tylko będziesz w stanie otworzyć oczy, po prostu zrób to. 
O nie, nie mam takiego zamiaru. Chcę się dowiedzieć jednej rzeczy i jeżeli na coś mam zmarnować resztki mojej energii to właśnie na to:
- Co się stało? - Mój głos jest zachrypnięty, a usta bardzo suche.
- Miałaś kolejny atak. Od jak dawna chorujesz?
- Odkąd pamiętam - odpowiadam i podnoszę rękę, żeby przetrzeć oczy.
- I nie miałaś ze sobą inhalatora? 
- Jakiego znowu inhalatora? - pytam, kompletnie zbita z tropu. 
- Przy astmie jest raczej konieczny.
- Jakiej astmie? - Gwałtownie otwieram oczy i od razu tego żałuję, bo światło drażni je okropnie. Zaczynają łzawić i piec, za to mój senny nastrój całkowicie mija. Chce się podnieść, ale zostaję przytrzymana przez silną rękę Harry'ego, który siedzi przy skórzanej kanapie, na której ktoś mnie położył.
- Leż spokojnie - upomina mnie z powagą.
- Mówiłaś, że masz astmę odkąd pamiętasz - stwierdza ktoś za mną.  Odwracam głowę w tamtą stronę i widzę obcą kobietę. Ma krótkie blond włosy, okulary i pewnie dobija do pięćdziesiątki. Nie zdobywa mojej sympatii swoim wyglądem. 
- Nie, nie astmę, hipoglikemie - tłumaczę, kręcąc głową. 
- Jak to? - Kobieta marszczy brwi. - Nigdy wcześniej nie miałaś ataków duszności?
- Nigdy.
- Cóż, w takim razie mógł to być jednorazowy epizod. Nie stało się nic, co wywołałoby u ciebie stres w ciągu ostatnich kilku godzin? Może po prostu wpadłaś w panikę? - pyta, na co ja udaję, że głęboko się zastanawiam.  Cóż by to mogło być? Harry wyśnił moją śmierć, która miałaby miejsce, gdyby nie jego szybka interwencja. O, zapomniałam o mojej ranie na nodze, którą zrobiła mi rzekoma kostucha. To nie  panika, byłam raczej otępiała ze strachu.
- Nie, myślę, że nie - odpowiadam z przekonaniem. 
- Powinniśmy cię zabrać do szpitala, zrobić badania. 
- Nie, nie ma takiej potrzeby. Muszę wracać do domu. Która godzina? - pytam i rozglądam się po pomieszczeniu w poszukiwaniu zegara. 
Jestem w nieznanym mi pokoju, który na pewno znajduję się w willi Enza. Poznaję to po stylu, który panuje w całym budynku. Ciemne, hebanowe drewno, ciężkie kotary zawisające bezwładnie w dół i obrazy, których nie rozumiem. Poza tym, przez okno, przy którym stoi Filip, dostrzegam kawałek ceglanej ściany innego skrzydła, otuloną bluszczem. 
- Już czternasta. W takim razie nalegam, żebyś po powrocie do Anglii udała się do swojego lekarza - Pani doktor zdejmuje rękawiczki i wpatruję się we mnie znad swoich okularów. 
- Dopilnuję tego - oznajmia nagle Harry, a ja patrze na niego zdziwiona. Wyłapuję na chwilę jego spojrzenie i staram się nie wybuchnąć śmiechem. Jest najmniej przekonującą osobą na świecie. Jego mina w stylu: ,,jestem-jej-chłopakiem-błagam-uwierzcie-mi"  jest tak samo wiarygodna, jak moje umiejętności kulinarne.
- Nie macie pomysłu, czym mógł być wywołany atak? Nie przyjmowałaś żadnych leków albo czegoś, co wywołałoby reakcje alergiczną? 
- Tylko glukozę, ale to niemożliwe, żeby to było od tego, przyjmuję ją od lat.
- Na twoim miejscu sprawdziłabym, czy to nie reakcja alergiczna. 
- Dobrze, pójdę do lekarza - zapewniam ją.
- Na wszelki wypadek zostawiam ci receptę, powinnaś kupić inhalator. Na wszelki wypadek - powtarza, starając się przekazać mi, jak bardzo poważna jest sytuacja. Z tymi słowami kładzie na stoliku, o który opiera się Enzo, kawałek papieru. - Na mnie już pora. Do widzenia, państwu. 
- Filipie, idź odprowadzić Stelle - nakazuje właściciel domu i macha niedbale ręką w stronę drzwi. Łapie grzbiet nosa między palec wskazujący, a kciuk i marszczy brwi. Kiedy lokaj ze Stellą wychodzą, mówi: - Samolot będzie gotowy za trzy godziny. Policja przyjedzie go sprawdzić, a ja powiadomię lotnisko w Londynie. Poleci z wami dwóch moich pilotów, Filip zostanie ze mną. Nie chce go już dzisiaj męczyć. Idę zacząć wszystko załatwiać. Zostawię was samych - mówi ze smutnym uśmiechem i opuszcza pokój.
Patrzę na Harry'ego, a ten natychmiast się ode mnie odsuwa. Przewracam oczami i wzdycham zdegustowana. 
- Jesteś już nudny z tym swoim stronieniem ode mnie. 
- Nie wiem o czym mówisz - Wzrusza ramionami i podchodzi do okna. Opiera się o parapet i wpatruję się w przestrzeń. 
Stwierdzam, że rozmowa z nim nie ma żadnego sensu. Ma humor jeszcze gorszy niż zazwyczaj.
- Dlaczego przez tak długi czas byłam nieprzytomna? - pytam, kładąc palce wskazujące na skroniach i zaciskając oczy. Głowa boli mnie od nadmiaru światła w pokoju.
- Nie spałaś ostatnio za dobrze. Musiałaś wypocząć - odpowiada obojętnie. Nie rozumiem, jak człowiek w ciągu dwunastu godzin może zmienić nastawienie do kogokolwiek tyle razy.
Odkrywam koc, którym jestem przykryta i zauważam, że moja łydka owinięta jest bandażem. Chce go unieść i zobaczyć ranę, kiedy słyszę  ostrzegawczy głos:
- Nie ruszaj, Stella zamknęła ranę przyklejanymi szwami - Podnoszę głowę i widzę, że Harry stoi teraz przodem do mnie i bacznie obserwuje moje poczynania.
Kiwam głową i zostawiam nogę w spokoju. 
- Jesteś na mnie zły?





Harry's P.O.V






- Jesteś na mnie zły?

Dlaczego miałbym być zły? Bo przyjechałaś tu, cały czas mam przez ciebie problemy i jestem zasypywany niewygodnymi pytaniami o nasz wyimaginowany związek, który, co gorsza, ja wymyśliłem? 
- Nie, nie jestem - odpowiadam. 
- To dobrze - kiwa głową i spuszcza wzrok na ziemie. Pierwszy raz widzę ją taką. Jest zagubiona i zamknięta w sobie. Obserwuję ją przez chwilę, po czym wzdycham i siadam obok na kanapie. 
- Naprawdę, nie jestem zły. Zmęczony tym wszystkim. Wiesz, nie codziennie jestem w takiej sytuacji. 
- Ja też - mówi i zaciska usta.
- Odpocznij jeszcze przed lotem. Przyniosłem ci coś do czytania z twojej torby. W sumie i tak już w niej grzebałem, więc nie myślę, że to problem. Masz tam straszny syf, tampony walają się po całym wnętrzu - mówię i nie zważając na jej szeroko otwarte oczy, kontynuuję: - Pierwsza w ręce wpadła mi książka Stephena Kinga. Leży na szafce.  Zostań tutaj, a ja zacznę się pakować - Podnoszę się z miejsca i kieruję w stronę wyjścia. - No i wyrzuciłem twoje fajki. Nie dość, że masz duszności, to jeszcze palisz. Bardzo odpowiedzialnie, księżniczko - rzucam przez ramię, kiedy zamykam za sobą drzwi.
 W końcu dzień bez denerwowania jej, byłby dniem straconym. 



*******



- Kurwa! - krzyczę, kiedy po raz kolejny nie udaję mi się zamknąć walizki. Kładę stopę na wieku i przyciskam z całej siły, kiedy walczę z suwakiem. Mało komfortowa pozycja powoduje tylko tyle, że walizka spada z łóżka i wszystkie rzeczy wysypują się na podłogę. - No niee...- jęczę zdenerwowany i kopie ze złością koszulkę. 
- Pomóc, panie? - słyszę głos Filipa, poprzedzony pukaniem. 
- Jeżeli możesz - mówię z rezygnacją i macham ręką w stronę moich rzeczy.
- To się tutaj nie zmieści. Proponuję wziąć nową torbę albo trochę rzeczy przełożyć do walizki panny Jade.
- Jakim cudem wcześniej się spakowałem? - pytam i klękam na ziemi. Zaczynam zbierać wszystkie rzeczy i układać je na łóżku.
- Wcześniej nie było tu tych wszystkich książek, paniczu. - stwierdza z uśmiechem Filip i podnosi jedną z nich do rąk. Fakt, wziąłem kilka książek od Enza. Kilkanaście. - Chyba, że zostawi pan trochę.
- Wszystkie będą mi bardzo potrzebne - stwierdzam, przewracając w rękach egzemplarz ,,Żywotu własnego". 
- Nie wątpię, panie, ale w takim razie, trzeba nam większej walizki. Chyba, że dołoży pan coś do walizki pana dziewczyny. 
- Ona nie jest....Tak, tak dołożę - poprawiam się szybko i jak gdyby nigdy nic, wychodzę z pomieszczenia i policzkuję się w myślach.
Wchodzę do pokoju ,,mojej dziewczyny" i chwytam torbę leżącą na ziemi. Szybko zbieram resztę jej rzeczy i upycham do środka. Z miłą satysfakcją stwierdzam, że moje książki zmieszczą się bez problemu.
- Zostawiłeś jeden stanik - słyszę głos za sobą, a kiedy patrzę z podniesioną brwią w tamtą stronę, widzę roześmianą Jade. Przewracam oczami i dopycham biustonosz do reszty. - Teraz dobrze - komentuje.
- Z czego się cieszysz? Nie miałaś czasem leżeć?  - pytam, przedrzeźniając jej ton.
- Nie miałeś czasem się pakować?
- Właśnie to robię. Muszę tu dołożyć trochę swoich rzeczy - Z tymi słowami mijam ją w drzwiach, bo widzę jej minę, która nie wróży nic dobrego.
Wracam do pokoju, w którym Filip zdążył posortować już wszystkie ubrania




Jade's P.O.V




Rzucam mu wściekłe spojrzenie, a kiedy zamykają się za nim drzwi, chwytam książkę. Nie jest mi dane długo cieszyć się refleksjami Stephena, bo dzwoni mój telefon, na co ja wypuszczam powietrze zdegustowana.
- Halo? - Odbieram, nie patrząc na wyświetlacz.
- Jade, mam ci tyle do opowiedzenia. Przepraszam, że się nie odzywałam, tyle się działo. Lepiej się czujesz? - zasypuje mnie informacjami Susan.
- Tak, trochę lepiej - mówię i staram się nie przybrać tonu, zdradzającego moje zestresowanie. Nerwowo kaszlę, akcentując na to, jak bardzo chora jestem.
- Wspaniale. Nie mogę się doczekać, żeby cię uściskać - wzdycha, na co ja uśmiecham się szeroko. - Co robiłaś przez ten czas?
- Oglądałam telewizję, siedziałam na dupie....
- Kurwa! - słyszę głos Harry'ego zza ściany. Co gorsza, Su też go słyszy.
- Co to było? 
- Telewizja - komunikuję z jak największym przekonaniem w głosie. - W sensie sąsiad. Sąsiad jest w telewizji. Właśnie przegrał dużo kasy. Tak.
- Ten stary? 
- Dokładnie ten.
- Będę musiała znaleźć w internecie. Cholera, Jade, muszę kończyć, chłopcy na dole chyba się kłócą.
- Nie ma sprawy, widzimy się niedługo. Bawcie się dobrze. 
- Postaramy się. Kocham cię! - mówi, zanim się rozłącza. Chwile przed tym jakieś krzyki po jej stronie. Mam nadzieję, że nie poszło im o nic poważnego.
Odrzucam koc na bok staję powoli na ziemi. Sprawdzam czy noga boli bardzo, kiedy się na niej staje i czy mój błędnik jest w pełni sprawny. Kiedy upewniam się, że wszystko gra, wychodzę z pokoju.  Przechadzam się bezwiednie po korytarzach, kiedy słyszę łomot z mojego pokoju. Zdziwiona otwieram drzwi i wsadzam głowę do środka. 
Harry stoi między łóżkiem a szafą i miota się z walizką. Moją walizką. Wpycha ostatnie koszulki do środka z niebywałą szybkością. Skanuję wzrokiem pokój. Spakował wszystko, oprócz jednego biustonosza. Ten dalej wisi na krześle. Uśmiecham się na ten widok i mówię:
- Zostawiłeś jeden stanik -Chłopak odwraca głowę i podnosi jedną brew. Wrzuca pozostałość do reszty, wymiętych już pewnie, ubrań, na co dodaję ze śmiechem: - Teraz dobrze.
- No i z czego się cieszysz? Nie miałaś czasem leżeć?
- Nie miałeś czasem się pakować?
- Właśnie to robię. Muszę tu dołożyć trochę swoich rzeczy.
Otwieram usta, żeby powiedzieć mu, że może sobie wsadzić swoje zasmarkane rzeczy gdzie chce, ale na pewno nie do mojej walizki. Ten natomiast opuszcza pokój z moją torbą w ręce, nie zwracając na mnie większej uwagi. 
Kiwam głową i zaciskam usta.
- Oczywiście, kurwa, jak zawsze - burczę sama do siebie, kiedy podchodzę do okna i zasuwam ze złością zasłony. 




*********



- Bardzo ci dziękujemy, że mogliśmy się tutaj zatrzymać - mówię z uśmiechem, kiedy kilka godzin później żegnamy się z Enzem. - Mam nadzieję, że znowu się zobaczymy.
- Oczywiście, że zobaczymy. Przecież przylatujecie...Aaaa, więc to niespodzianka! - cieszy się, a ja odwracam się w kierunku w którym patrzy. Harry stoi za mną i panicznie kręci głową i wymachuje rękami na boki. - W takim razie, zapomnij. Też mam nadzieje na spotkanie. Miłej podróży, kochana - Przytula mnie, a Filip macha w moją stronę dłonią. Odpowiadam tym samym, po czym chowam się za Harrym.
- Zadzwonię - mówi chłopak do Enza, po czym, podobnie jak ja przed chwilą, zostaje opleciony jego ramionami w ciasnym uścisku.
- Trzymaj się, chłopcze - Mężczyzna klepie go jeszcze po plecach, po czym wypuszcza i odprowadza go wzrokiem, kiedy on bezceremonialnie ładuje się do samolotu.
Wbiegam za nim do kabiny, a pilot zatrzaskuje za mną drzwi.
- Ładnie tu - stwierdzam, kiedy przejeżdżam wzrokiem po wnętrzu. Żółte, niewielkie pomieszczenie, ożywione przez światło wpadające do środka, przez okrągłe, nieduże okna. Skórzane fotele ustawione naprzeciwko siebie, przedzielone są stolikiem. Harry już raczył rozwalić swoją osobowość na jednym z siedzeń. Wpatruje się w okno, po czym nawet na mnie nie patrząc mówi:
- Zastanawiam się, jak ty to zrobiłaś.
- Co? - pytam, po czym zajmuję miejsce naprzeciwko niego.
- Zaciągnęłaś mnie tutaj.
Wzruszam ramionami. Nie mam ochotę na rozmowę o tym, że wraca ze mną tylko dlatego, że ma mnie dość i nie chce przebywać w moim towarzystwie non-stop. 
W sumie, też jestem zmęczoną tą wizytą i nim. Nim szczególnie. Nie ma nic piękniejszego od myśli, że zamknę się w swoim pokoju i będę siedzieć w nim sama cały dzień. Mój limit na możliwość przebywania z innymi ludźmi, bez chęci mordowania ich, został wyczerpany doszczętnie. 
Rozsiadam się wygodnie i przymykam oczy. Nie zwracam uwagi na Harry'ego. Wyobrażam sobie, że lecę do domu sama. Mam zamiar sobie teraz wmawiać, że ostatnia noc się nie wydarzyła. 
Na samą myśl o niej przechodzi mnie dreszcz i marszczę brwi. Szybko odganiam czarne myśli. Nie mam zamiaru myśleć ,,co by było gdyby". Ta sytuacja nigdy już nie będzie miała miejsca.
- Zapnij pas - nakazuje Harry, a ja otwieram oczy i patrze na niego półprzytomnym wzrokiem.  - Startujemy.


*********


- Ile jeszcze? - marudzę, kiedy w końcu uświadamiam sobie, że mimo moich usilnych prób, nie zasnę już dzisiaj. 
- Nie mam pojęcia - wzrusza ramionami Harry, ale wiem, że tak naprawdę wcale mnie nie słucha i na każde inne pytanie odpowiedziałby w ten sposób.
- Może coś obejrzymy?
- Nie sądzę, żeby nasze gusty filmowe się pokrywały. Nie, dziękuję - mówi, cały czas wpatrzony w okno. 
- To nie - wzdycham. Jednak opcja lotu bez niego wydaję się dużo bardziej korzystna. Ciekawe, czy te drzwi da się otworzyć? - pytam się w myślach, w których od razu rodzi się wizja wypchnięcia przez nie Stylesa ze spadochronem. Albo bez. W końcu nie chce ze mną oglądać filmu.  To jak obraza majestatu.
Może wręcz przeciwnie? Może to korzystna sytuacja? Teraz jest w pułapce, nie będzie miał jak uciec. To idealna okazja, żeby w końcu z nim porozmawiać.
- Czasami cię nie rozumiem. Twoich zmiennych nastrojów - dodaję, kiedy podnosi wzrok i patrzy na mnie z największą niechęcią.
- Bardzo mi przykro z tego powodu. 
- Skąd się to bierze? Czemu, kiedy zaczynamy rozmawiać, ty uciekasz? Boisz się mnie? - pytam i opieram łokcie na stoliku. 
Chłopak pozostawia to bez komentarza. Znowu przenosi się ze swoim wzrokiem i całym zainteresowaniem za szybę. 
- Czego się boisz? - Nie daję mu spokoju.
Znowu cisza. Jeżeli myśli, że ta taktyka zadziała, grubo się myli. 
- Może nie jestem odpowiednią osobą, żeby o tym rozmawiać - zaczynam, nawiązując do wszystkich naszych, podobnych do tej, rozmów. - ale chcę wiedzieć jedno.
- Co? - fuka w końcu. 
- Wiesz o tym, że nie odpuszczę, prawda?
Mierzymy się spojrzeniami. Krótki czas wydaję się mi dłużyć. Czekam na jego wybuch złości, jednak widzę jak wyraz jego twarzy łagodnieje z każdą chwilą. 
- Wiem - odpowiada z rezygnacja. 
Odchylam się do tyłu i patrzę na niego z małym uśmiechem.
- Zatem co sprawia, że tak przed tym uciekasz? Czego się boisz? - pytam ponownie. - Dlaczego mnie tak sobą straszysz? - Przypatruję mu się, poszukując na jego twarzy jakiejś wskazówki, kiedy coś nagle do mnie dociera. Otwieram usta, a on rozumie, że zrozumiałam to, co było tak oczywiste, w momencie, w którym wyłapuje moje spojrzenie. - Myślisz, że się ciebie przestraszę?
- Jade - mówi z rezygnacją, jakby przegrał długotrwałą walkę. Poniekąd, przegrał. Sam ze sobą. W końcu odpuścił. - Nawet Louis nie zna całej historii, a bał się mnie nie raz. Sam nie wiem, dlaczego ciągle ze mną jest. Dlaczego ze mną mieszka i dlaczego się ze mną przyjaźni. Nie chcę, żeby to co na mnie ciąży przeszło na kogokolwiek innego. To jest sprawa, której się wstydzę i o której nie chce z nikim rozmawiać. To moja tajemnica i nie sądzę, żebym poczuł się lepiej, mówiąc o tym komukolwiek. Tajemnica, która zostaje wypowiedziana jest naga, bezbronna i obarczona ciężarem możliwości oceniania przez innych. Myślę, że to jest najgorsze. Ludzie oceniają, myślą, a potem uciekają. Bo nie są w stanie tego znieść. Strachu. 
- On nie bał się ciebie. On bał się o ciebie - stwierdzam, poruszona jego nagłym wyznaniem. - Jest twoim przyjacielem i cię nie zostawi. Nie oceniłby cię. Nie zależnie od tego, jak wielka jest twoja tajemnica. Nie zrobiłby tego, nawet gdyby była tak wielka, że cały byłbyś jedną,  pieprzoną tajemnicą. A co do mnie, gdybym chciała uciec, zrobiłabym to po dzisiejszej nocy albo po incydencie w windzie. 
- Co sprawia, że tak ci zależy?
- Masz urocze dołeczki, strasznie je lubię. A ja jestem w stanie dużo zrobić, dla rzeczy które lubię. 
- A tak poważnie? - pyta i uśmiecha się blado. 
- Już ci mówiłam. Nie mam pojęcia - Wzruszam ramionami. - Dam ci znać, jak coś mi przyjdzie do głowy. 
- Będę czekać. Londyn pod nami - mówi nagle i głową wskazuje na okno.
- W końcu - wzdycham i wciskam się mocniej w siedzenie. - Nienawidzę latać samolotem.
- Dlaczego? Nie wyglądasz na taką, co twardo stąpa po ziemi. 
- Pozory mylą - oznajmiam, dalej wgapiając się w widok pod nami.
- W takim razie, skoro jesteś tak zrównoważona, co będziesz studiować?
- Wokalistykę. 
- Chyba żartujesz - obrusza się, a ja spoglądam na niego zdziwiona.
- Co? Dlaczego? - Marszczę brwi i zaplatam ręce na piersiach.
- Co chcesz po tym robić? Wiem, że dobrze śpiewasz, ale to nie jest przyszłość. Z czego pisałaś maturę? 
- Z chemii, angielskiego i matematyki. Z biologii nie musiałam, wygrałam olimpiadę. 
- Nie pójdziesz na żadną wokalistykę. - stwierdza i podobnie jak ja, marszczy brwi.
- Niby czemu?
- Bo to nie da ci żadnej przyszłości. Jade, to tylko chwilowo dobry pomysł. Pomyśl o tym co będzie za kilka lat. Chcesz grać na weselach innych? Błagam cię, złóż podanie na medycynę, nie każ mi tego robić za ciebie. 
- A co jeżeli właśnie tego chcę? Grać na weselach? - pytam, akcentując z osobna na każde słowo.
- Będę musiał szybko ci to wybić z głowy, drugi nabór na uniwersytet niedługo się skończy.
- Jezu, Harry - jęczę, przejeżdżając ręką o twarzy.
- Ty mieszasz się w moje życie, nie pozostanę ci dłużny. Bądźmy kwita, księżniczko.
Uśmiecham się z rezygnacją, zdziwiona tym, jak nagle odbiegliśmy od tematu. Może to lepiej. Nie chce obarczać go poczuciem niepewności, które prawdopodobnie przyszłoby do niego, gdyby powiedział mi za dużo. 
Sama nie wiem, czy nie myliłam się mówiąc: ,GDYBYŚ był jedną, pieprzoną tajemnicą".   Wszystko wskazuję na to, że on JEST jedną, pieprzoną tajemnicą.




*********





- Przestań się gapić i powiedz w końcu o co ci chodzi. - warczę rozdrażniona, kiedy wchodzę po schodach naszego bloku. 
- Musisz iść na rekrutację. 
- Daj mi spokój - przewracam oczami i zaczynam grzebać w torebce w poszukiwaniu kluczy.
- Pójdę tam za ciebie. 
- Powodzenia.
Po krótkiej chwili mocowania się z drzwiami w końcu udaję mi się otworzyć i do moich nozdrzy dociera konsekwentny tutaj, zapach brzozy.
- Doktor Marshall, to ładnie brzmi - stwierdza Harry, po czym podaję mi moją torbę. 
- Uczepiłeś się jak rzep psiego ogona. Mam teraz zamiar iść spać w mojej własnej samotni, a nie myśleć o czymś tak niedorzecznym, jak zmiana studiów na ostatnią chwile. Podrzucę ci twoje rzeczy jak będę się rozpakowywać.  Jutro, dobrze? - pytam, na co ten kiwa głową. - W takim razie, gdyby coś się działo, po prostu daj znać. - Uśmiecham się i ściągam z siebie rozpinaną na suwak bluzę. Odwieszam ją na wieszaku, po czym wzdycham i mówię: - Dobranoc, Harry.
- To jest najbardziej absurdalna ze wszystkich rzeczy, jakich możesz mi życzyć, ale dziękuję. Dobranoc, Jade.
Uśmiecham się do niego ostatni raz i zamykam drzwi. Przeciągam się szczęśliwa, że to już wszystko koniec. Wydarzenia ostatnich dni zdawały mi się ciągnąć w nieskończoność, ale dopiero teraz, kiedy czuję się potencjalnie bezpieczna w swoim mieszkaniu wiem, że była to zaledwie chwila. To dziwne, że tylko tyle wystarczy, żeby w tak krótkim czasie przeżyć tak dużo. To dziwne, że dla mojego sąsiada z dołu cały czas byłam w mieszkaniu i nic się nie zmieniło. Dla niego życie toczy się, tak jak toczyło się do tej pory. Ja wiem, że coś jest inne niż było i nie pozwolę, żeby wróciło do pierwotnego stanu rzeczy. Mroczne oblicze Harry'ego pojaśniało. Cień uśmiechu powoli wybija się przez jego ponury wyraz twarzy.
Zapalam kolejno światło w salonie, kuchni i korytarzu. Mieszkanie wita mnie swoim panującym tu spokojem. Zastanawiam się teraz, czy to właśnie jest moja odskocznia. Czy spokój jest odskocznią od szaleństwa, czy szaleństwo od spokoju? Na razie nie jestem pewna, ale nagłe pukanie do drzwi uzmysławia mnie, że to raczej szaleństwo stało się moją codziennością. Rozmyślam dalej, idąc z powrotem do drzwi, których jeszcze przed chwilą nie miałam zamiaru otwierać przez kolejne kilka dni, dopóki wszyscy moi znajomi nie postanowią  zjawić się znowu. 
Kiedy otwieram drzwi, a one ustępują i ukazują mi postać, której w głębi duszy się spodziewałam, dochodzę do wniosku, że wystarczył jeszcze jeden epizod, żeby określić czym jest moje życie. Nie jest szaleństwem. Może poniekąd, ale na pewno nie w całości. Moje szaleństwo nie jest ,,czymś". Raczej ,,kimś". Ten ktoś wplątał się w moją codzienność z moją pomocą. 
- Moja para kluczy jest w mieszkaniu. - mówi zakłopotany Harry, łapiąc się za tył karku. - Drugą ma Louis. Nie mam jak się dostać do środka.
- Wchodź - odsłaniam mu przejście, nie czekając na dalsze wyjaśnienia. 





Lena's P.O.V



Dłoń strachu zaciśnięta na moim gardle od kilku dni, dzisiaj jest wyjątkowo natarczywa.
Nogi rozchwiane we wszystkie strony, kiedy schodzę po schodach na dół, to znak, że nie panuję już nad sobą. Chwytam się poręczy i przywieram plecami do ściany. Łapię kilka razy głębszy oddech. Przymykam oczy i wracam do mojej wędrówki w dół. Jeszcze tylko dziewięć stopni. Jeszcze mam szansę się wycofać. Osiem stopni. Muszę to zrobić, jeżeli mi na niej zależy. Pięć stopni. Jeżeli kiedykolwiek miałabym się rozpłakać ze strachu, to właśnie teraz. Dwa stopnie.
Nie pamiętam nawet jak to się stało, że usiadłam na kanapie, naprzeciw rodziców. Teraz jestem w salonie, a oni patrzą na mnie zdziwieni. Staram się uspokoić oddech i wydusić z siebie cokolwiek. To nie jest takie straszne, po prostu to powiedz. Jestem lesbijką. Jestem lesbijką. Jestem lesbijką. 
- Niedobrze ci, kochanie? Strasznie zbladłaś - Mama przypatruję mi się dokładnie i wyłącza grający w tle telewizor.
Jestem lesbijką. Po prostu to powiedz, głupia. 
- Jest coś, o czym chciałam z wami porozmawiać - zaczynam, a mój głos jest piskliwy i cichy.
- Dobrze, więc mów - zachęca mnie tata, a ja coraz bardziej zbliżam się do momentu, w którym ucieknę na górę i nigdy więcej nie zacznę tego tematu.
- Ja i Ewangelina....- udaję mi się wyjąkać, ale gula w gardle powiększa się tak, że teraz nie jestem w stanie wydobyć z siebie słowa. 
Przed oczami mam obraz Jade, która trzy lata temu...Boże, nie mogę im powiedzieć. Nie teraz, nie mogę.
- Ja i Ewangelina pokłóciłyśmy się strasznie. Przykro mi z tego powodu - kończę i kładę się na kanapie, ze wzrokiem tępo wbitym w ścianie. 
- Kochanie, to na pewno nic takiego - Mama wstaję i kuca obok. Głaszczę mnie po włosach i uśmiecha się lekko. - Będzie dobrze. Na prawdę. Pogodzicie się jeszcze szybciej, niż się pokłóciłyście.
Szkopuł w tym, że ja nie wiem ile będziemy się kłócić. Ale to nastąpi i to niebawem. Zaciskam oczy i kiwam głową. 
- Tak, wiem - mówię cicho.




Susan's P.O.V


- Cholera, Jade, muszę kończyć, chłopcy na dole chyba się kłócą.
- Nie ma sprawy, widzimy się niedługo. Bawcie się dobrze. 
- Postaramy się. Kocham cię! 
Rzucam telefon na łóżko i szybko zbiegam na dół. Krzyki robią się coraz bardziej intensywne, a w końcu, kiedy wchodzę do kuchni, dostrzegam ich źródło.
- Nie będę z tobą o tym rozmawiał! To jest popierdolone i dobrze o tym wiesz! - wrzeszczy Aron a ja obserwuję go zdziwiona, kiedy zatrzymuję się w pół kroku.
- Nic jej nie będzie, nie masz pojęcia, nie masz pojęcia kurwa o niczym. Życie nie dało ci nigdy w mordę, nie wiesz co robi ktoś zdesperowany! - Jack wygląda na tak wściekłego jak on, ale za jego wrogim głosem i postawą kryje się coś, co widziałam u niego tylko kilka razy. Jest roztrzęsiony, jakby zaraz miał się rozpłakać. Louisa nie ma w pobliżu już od samego rana. Pojechał do sklepu, ale teraz mam pewność, że nic mu nie jest.  Piszę z nim od momentu jego wyjścia, żeby dokładnie wiedzieć, co robi. 
- Co się dzieje? Jack? - pytam, kiedy wchodzę wgłąb pomieszczenia, a dwójka obecnych lustruje mnie wzrokiem.
- Wyjdź, Susan - nakazuje Aron, na co ja kręcę głową. 
- Co się tu dzieje? - ponawiam pytanie. - Co się z WAMI dzieje od wczoraj? - pytam, a oni dostrzegają chyba, że jestem przerażona ich zachowaniem i stanem w jakim są, bo ich oddechy powoli uspokajają się. 
- Zapytaj swojego kochasia - warczy Aron, po czym wychodzi z kuchni i kieruję się do pokoju. Trzaska drzwiami i w całym domu następuje głucha cisza. 
- Jack? - Odwracam się w stronę mojego chłopaka. - O co chodzi?
- Po prostu się kłócimy, nie martw się. Tak czasami bywa - wzdycha. Ciągle patrzę na niego podejrzliwie, a kiedy to zauważa, przewraca oczami i mówi: - Naprawdę, to nic takiego. Wszystko jest w porządku. 
- Porozmawiam z nim - stwierdzam i odwracam się w stronę wyjścia. Jack chwyta mnie za rękę i przeciąga w swoją stronę.
- Nie, nie teraz. Jest wściekły. Ja z nim pogadam, po południu. Póki co, możemy na przykład iść nad jezioro. Co ty na to?
- No nie wiem - mówię, cały czas dręczona w myślach przez wydarzenia sprzed chwili. 
- W takim razie, zdecyduj co mamy robić - Jack uśmiecha się promiennie i nie mogę nic poradzić na to, że robię to samo. 
- Jezioro to nie taki głupi pomysł.




-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Jeżeli w jakiś sposób zrekompensuję wam tym zwłokę z dodawaniem rozdziałów, to mogę wam zdradzić, że mam już napisaną połowę kolejnego :D
Dziękuję za tyle wyświetleń! 23 265! :O

Obiecuję, że do końca tego tygodnia coś dodam :P
Poprawiłam się już ze wszystkiego, z czego miałam się poprawić, mam dla was więcej czasu.
 No i dostałam szlaban, więc nie będę wychodzić XDD Podziękujcie mojemu tacie za to, że teraz czas na moje życie towarzyskie przeznaczę na bloga :P
Jak święta? :D Najadłyście się?
Dziękuję, że jesteście, jeszcze raz, kocham was mocno! <3
Teraz chyba muszę iść spać :/
Jeszcze raz dziękuję! ;*
Dobranoc wam <3


24 komentarze:

  1. Genialny rozdział!!!!! Fajnie ze Harry chociaż minimalnie się otworzył na "znienawidzoną" osobę hahahahaxd chyba zaczyna cos w końcu iskrzyc!! Nie.mogę się doczekać pierwszego pocałunku!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. To będzie już niedługo :o?! Proszę powiedz ze tak!!! Kocham życzę wieny i nie mogę się doczekać nastepnego rozdziału ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kocham kocham <3 Gdybym ci powiedziała, to zepsułabym ci całą zabawę :D

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Tak, razem z Filipem :D Wszystko się wyjaśni ;P

      Usuń
  4. Ja myśle ze Filip maczał w tym palce.... I Aron i Jack to gejuchy wstrętne XDDDDDDD KIEDY ROZDZIAŁ NASTĘPNY XDDD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A Filip biega i okna wybija, masz racje XD

      Usuń
  5. Ohh <3 Mogę poraz setny powiedzieć że KOCHAM!? To trochę nienormalne dazyc miłością twoje opowiadanie? No ale kto i co w tym swiecie jest normalne ? ;) Rozdział jeden z tych konkretniejszych gdzie akcja się rozwija u to jest świetne budzisz u nas napiecie zachecajac czytelnikow do dalszego czytania.Podoba mi się wladczy Harry to swego rodzaju troska o jej przyszłość. Zastanawia mnie kiedy oni jeszcze wyjadą do Irlandii na tajemnicze spotkanie no bo proszę ja to zasypalabym go pytaniami o to co wymsnelo sie przez przypadek.No i jeszcze jedna sprawa o co Lenie chodzilo z tą Jade oraz Aronowi.Dużo tajemnic... :d Moim zdaniem Filip NIE JEST PODEJRZANY Chociaż. .. zazdroszcze mu tylu umiejętności. Buziaki :* Aż taka niegrzeczna byłaś że szlaban? Xd ojj nieładnie
    Mam prośbę moglabys zadedykowac mi rozdział? Pa pa di nastepnego kochana!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę, oczywiście, że to zrobię :D Dziękuję, ja też nie widzę nic złego w Filipie!!!! :( Jest bardzo utalentowanym arystokratą :D
      Dziękuję <3

      Usuń
  6. Świetny rozdział ;) Piszesz coraz lepiej xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O Jezu, to chyba znaczy, że nie cofam się w rozwoju XD Dziękuję ;***

      Usuń
  7. Cudownie piszesz<33

    OdpowiedzUsuń
  8. Cdowny rodział :3!

    OdpowiedzUsuń
  9. Boże ale Susan jest głupia :(((

    OdpowiedzUsuń
  10. Świetny! ❤❤❤❤❤ czekam z niecierpliwością na następny rozdział ❤!

    OdpowiedzUsuń
  11. Super czekam na next :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jutro rano będzie ;* Właściwie, to już dzisiaj :D

      Usuń