środa, 4 lutego 2015

Rozdział trzydziesty pierwszy

1.08.2014

Jade's P.O.V




- Nie odpisuje, nie oddzwania, a Jack nie wie, co się z nim dzieje - Susan z rezygnacją rzuca telefon w kąt kanapy.
- To rzeczywiście niepodobne do niego, nie daje znaku życia od pięciu dni - mówię i siadam obok niej.
Ani Aron, ani Jack nie raczyli do nas przyjechać i od kiedy wrócili do domów, jedynie Susan udało się dodzwonić do swojego chłopaka kilka razy, i nawtykać mu porządnie. Zdecydowanie częstszym gościem naszego mieszkania stał się Louis, który (ku uciesze Harry'ego) właściwie tu zamieszkał. 
- Może po prostu pojedziemy do niego? - pytam i obrzucam morderczym spojrzeniem Lou, zajętego obwąchiwaniem ciasta mojej mamy, które dostał za zawiezienie do domu Bruna kilka dni temu.
- Dobra, ale ja nie prowadzę, nie ufam sama sobie po wczorajszym wieczorze - mówi Susan, ostentacyjnie zasłaniając usta, gotowa zaraz zwymiotować.
31  lipca był jednym z tych wieczorów, które Susan nazywała ,,depresyjną zmorą letnią". Razem z panem Tomlinsonem postanowili zwalczyć swój okropny nastrój czterema butelkami wina.  Tak, najpierw obejrzeli ,,Melancholię", przy której prawie umarli z płaczu, po czym się narąbali. Może to trochę moja wina, bo cały tydzień zręcznie unikałam pytań o moje studia, a kiedy Susan przyparła mnie w końcu do muru i praktycznie siłą chciała wydobyć ze mnie informacje co do mojej nagłej zmiany decyzji, podsunęłam jej najsmutniejszy film, jaki przyszedł mi do głowy. A że Louis był z n o w u u nas, załapał się na seans, od którego odłączyłam po dwudziestu minutach. 
Zamknęłam się w pokoju i grałam na skrzypcach. Przynajmniej do czasu, kiedy Pan Styles nie zaczął napierdalać w ścianę, bo jak stwierdził ,,musi się uczyć i czytać książki pożyczone od Enza". Skończyło się na tym, że darliśmy się na siebie na balkonie, aż dozorca nie zagroził nam z dołu, że zaraz się tam do nas przejdzie. Co prawda, Harry pozdrowił go środkowym palcem, ale ten, mam nadzieję, tego nie zauważył. A jeśli, to nie zwrócił na to zbyt wielkiej uwagi. 
- Jesteś skończonym kretynem - fuknęłam wprost do szybu, kiedy znalazłam się w swoim pokoju.
- A ty bardziej urocza, niż zazwyczaj. Nie mam czasu się tobą zajmować, muszę czytać - odparł i usłyszałam, jak opadł na łóżko. 
Przewróciłam oczami i dałam za wygraną. Włączyłam jakiś film i włożyłam słuchawki do uszu, nie zawracając sobie głowy szlochami z salonu.
Harry w miarę spokojnie przebył noc, dlatego wiem, że to, że jestem wyspana, typuje mnie na kierowce.
 Przecieram oczy dłońmi i udaję, że nie czuję, jak wzrok dwójki przyjaciół wierci we mnie cztery dziury.
- Nie pojadę tym pieprzonym Galantem, nie umiem nim jeździć! Rzuca nim we wszystkie strony! - denerwuję się.
- Masz do wyboru albo to, albo moją Skodę, albo prosić Harry'ego o pomoc - Louis wylicza na palcach, wzrusza ramionami i uśmiecha się, wiedząc, że mnie przekonał. 
- Pojadę Skodą - decyduję od razu i wstaję z miejsca. - Swoją drogą, co robi Harry?
- Nie wiem, dwa dni temu zemdlał na kilka godzin, więc raczej nie śpi - mówi chłopak.
- Nie musisz mi przypominać - wzdycham i zarzucam głową do tyłu, żeby zebrać wszystkie włosy w kucyka.
Budzenie Harry'ego i wysłuchiwanie co mu się śniło, stało się normą, której chciałam uniknąć. Teraz już nawet nie zamykam balkonu, na wypadek gdyby obudziły mnie jego krzyki i szybko musiałabym przechodzić do mieszkania obok. Zawsze zastaję go w tym samym stanie - rozwrzeszczanego, miotającego się po łóżku, trzęsącego się. Od nocy w Irlandii nie widziałam jednak jego białych oczu, z czego się cieszę, bo to najgorszy ze wszystkich scenariuszy, które układam, przełażąc przez barierkę dzielącą nasze balkony.
Być może zobaczyłabym je podczas nocy, kiedy przyśniła mu się jego śmierć, gdyby nie to, że było wtedy całkowicie ciemno.
O Ile w nocy Pan Ciemności umie okazać wdzięczność za moje problematyczne zadanie, jakim stało się wyciąganie go z jego koszmarów, tak rano wraca do swojej normalnej postawy w stosunku do mnie, jaką jest wyrażanie niechęci na każdy możliwy sposób, kiedy tylko mnie widzi. Takie dojrzałe.
- Iść do niego, sprawdzić czy żyje? - pyta Louis.
- Sama pójdę, tak czy siak muszę wziąć kluczyki - wzdycham i zarzucam na ramiona koszulę w kratkę. 
Wychodzę z mieszkania i przemierzam korytarz. Na szczęście, nikogo z sąsiadów nie widać w pobliżu. Nie jestem więc narażona na ich krytyczne spojrzenia, skierowane na przykład przeciwko moim roznegliżowanym nogom, resztką wczorajszego makijażu, czy kucyka niedbałego tak bardzo, że w ogóle nie przypomina żadnego upięcia włosów. Jest po prostu czystym nieładem. 
Uderzam raz w drzwi i nie czekając na odpowiedź, wchodzę do środka.
- Witam pana sąsiada - mówię w stronę Harry'ego, który wychyla się z łazienki ze szczoteczką w zębach. Marszczy brwi, kiedy mnie widzi i niedbale macha na mnie ręką. - Widzę, że humor dopisuje? 
- Daj mi spokój - burczy ledwo zrozumiale, gdyż policzki ma napchane pianą. 
- Gdzie kluczyki do samochodu? - pytam i rozglądam się po pomieszczeniu. Dostrzegam je – leżą na drewnianej szafce, zaraz obok zdjęcia jakiegoś chłopca i dwójki ludzi. Pary z tyłu nie znam, natomiast w dzieciaku rozpoznaję samego Harry'ego. Jest jeszcze brzydszy niż teraz – wygląda jak rozjechany opos.
Sama sceneria wygląda mi znajomo, ale nie mam czasu się jej przyjrzeć, gdyż wielka dłoń przykrywa moją, a ja podskakuję jak oparzona. 
- Co ty wyprawiasz? - pytam Harry'ego, który pojawił się tu nagle i nie zamierza znikać. Patrzę w górę i mierzę go spojrzeniem, kiedy ten mówi:
- Mogę zapytać o to samo. Po co ci kluczyki?
- Jedziemy do cioci Arona. Puść - fukam i wyrywam rękę spod jego uścisku. - Odstawię samochód w stanie nienaruszonym. 
- Czekaj, ty prowadzisz? - pyta i podnosi jedną brew. Nie wiem jak robi tą minę, ale muszę się jej nauczyć. Wyraża najwyższą dezaprobatę i kpinę. Mogłabym patrzeć tak na niego cały czas.
- Taak? - mówię niepewnie, wiedząc jak to się skończy. 


*******


Tak jak myślałam, kilkanaście minut potem Mr.Ciemność ładuje swoją szanowną osobowość do wozu, a ja zmuszona jestem do zajęcia miejsca obok kierowcy, bo Susan i Louis grają w jakąś głupią grę, która koniecznie wymaga siedzenia obok siebie.
- Co tak śmierdzi? - pyta Harry, kiedy tylko włącza silnik. 
- Gdybym odpowiedziała szczerze, wysadziłbyś mnie? - marudzę, a kiedy widzę jego spojrzenie, dodaję: - Dojrzały kierowca nie powinien wywalać swoich współtowarzyszy w drodze tylko za to, że ci twierdzą, że śmierdzi. Tak tylko mówię - Kulę się na swoim miejscu, a ten głośno wypuszcza powietrze. 
- Ford Focus! - drze się nagle Louis, a ja odwracam się i patrzę na niego pytająco. 
- To ta nasza zabawa. Liczymy ile Fordów zobaczymy podczas drogi. Obstawiam pięć - Susan uśmiecha się głupio, po czym przykleja palec do szyby i krzyczy: - Ford Focus!
- A więc to to tak śmierdzi - mruczy Harry zwycięsko i wyrzuca przez okno dyndającą jak do tej pory, choinkę - odświeżacz powietrza.
- No weź! - oburza się Lou. - Dopiero co ją kupiłem. 
- Nienawidzę takich zapachów. Duszą mnie - Harry nie daję za wygraną, a ja uderzam dłonią w czoło. Jakim cudem ich rozmowy rozbiegają się na tak abstrakcyjne tematy?
- Przykro mi, ja je lubię. Przykleję jedną do szyby i nie będziesz miał nic do gadania. Ford Focus. 

******

Zabawa ,,Ford Focus" zosta
je zakończona w momencie, kiedy dwójka z tyłu prawie się bije, bo Susan dochodzi do wniosku, że Louis oszukuje, nie umie rozpoznawać marek i ogólnie rzecz biorąc - jest żałosny.
Harry parkuje pod domem Black'ów, kiedy dochodzę do wniosku, że nigdy nie będę matką, jeżeli moje dzieci będą zachowywać się jak Louis i Susan.
Zamykam za sobą drzwi i biegnę w stronę domu. Przeskakuję schodki na werandę. Pukam cztery razy i oglądam się przez ramię. Pozostała trójka obserwuje teraz każdy mój ruch. Trochę mnie to krępuje i zaczynam kiwać się z palców na pięty. Palce, pięty, palce, pięty...
- Jade? - Słyszę zdziwiony głos pani Lucy. Podnoszę na nią wzrok. Jest wyraźnie zaskoczona faktem, że stoję tutaj, a nie jestem w jakimś innym miejscu, jakby się tego mogła spodziewać.
- Dzień dobry, jest Aron? Nie odzywa się od kilku dni, martwimy się – tłumaczę i zaglądam jej przez ramię, ale nie widzę nic oprócz pustego holu, w którym na pewno nie ma jej bratanka.
- Aron? Przecież on jest u was – mówi Lucy i marszczy brwi.
- Jak to? Tak pani powiedział?
- Tak, wybył z Jack'iem jakiś czas temu, podobno do was.
- W takim razie nie dotarł. No trudno, spróbujemy skontaktować się z Jack'iem. Gdyby czegoś się pani dowiedziała, niech pani dzwoni – Wzdycham z rezygnacją i przeczesuję włosy dłonią, bo te wybrały najmniej odpowiedni moment, żeby wchodzić mi do oczu.
- Ty również, kruszyno. Pewnie mu się coś pomyliło – Rozmówczyni opiera się o framugę drzwi i zaplata ręce na piersiach.
- Pewnie tak. No cóż, w takim razie, do widzenia – żegnam się z bladym uśmiechem i odwracam się.
Słyszę jeszcze, jak burczy jakąś odpowiedź i zatrzaskuje drzwi. Wracam do samochodu i nie każąc dłużej czekać moim przyjaciołom (i Harry'emu) zabieram się za sprawozdanie:
- Aron, i Jack, są podobno u nas.
- Skłamali? - Susan otwiera szeroko oczy, po czym grzebie w torebce i wybiera numer Jack'a. Odczekujemy chwilę, podczas której Harry manewruje samochodem tak, że wyjeżdża na drogę bez żadnych zniszczeń. Su cmoka zniecierpliwiona i ciska telefonem do torebki.
- Jak ten człowiek mnie denerwuje. Jak nikt inny.
- Może oddzwoni - Louis stara się dodać dziewczynie otuchy. Skutkiem tego jest to, że Susan obdarowuje go jednym z tych spojrzeń, którego żadne z nas nie chciałoby zobaczyć.
- Możemy zatrzymać się na chwile u mojego taty? Skoro i tak już tu jesteśmy? - pyta i wbija się w siedzenie z niezadowoloną miną.
- Nie widzę przeciwwskazań – oznajmia Harry i skręca w uliczkę, w którą mu każę, gdyż on nie orientuje się za dobrze w zawiłej konstrukcji naszego osiedla.
- Dlaczego właściwie tu jesteśmy? - pytam, kiedy odpinam pas. Harry parkuje pod domem Su, w miejscu, gdzie kiedyś zwykł stać czarny Galant.
- Po moją wiolonczelę – odpowiada Susan i wychodzi z samochodu. Kiedy tylko zamyka drzwi, Harry jęczy:
- Jakby skrzypiec mi było mało.
- Nie marudź Hazz, wniesiemy ci na górę pianino i też będziesz mógł sobie grać – Louis szczerzy się do niego i uderza go w ramię.
- Grasz na pianinie? - Podnoszę jedną brew i mierzę Harry'ego wzrokiem, a ten zakrywa oczy dłonią i kręci głową.
- Jak to nie? Grasz ślicznie, słoneczko – Tomlinson posyła mu buziaka w powietrzu, a ,,słoneczko” odwraca się, z zamiarem uderzenia go. - Nie bądź już taki skromny.
- Nie wiedziałam – mówię i obserwuję Susan, która odwraca się do nas pytająco. Pewnie liczy na to, że któreś z nas się ruszy i pomoże jej z ciężarem.
- No bo skąd miałabyś – Przewraca oczami w ten swój pretensjonalny sposób i to wystarcza, żeby we mnie znowu krew zawrzała. Postanawiam jednak nie zwracać na to uwagi i pytam:
- A ty Louis, grasz na czymś?
- Tak, na flecie – burczy Harry i mocuje się z zapięciem pasa.
- Tylko na twoim – Lou uśmiecha się uroczo, po czym dodaje: - Kiedyś rzępoliłem na gitarze, potem pojechałem na studia, a gitara została w domu.
- Przywieź ją, skoro już wszyscy zwożą swoje instrumenty. Będziemy grać dopóki właściciel nas nie powyrzuca – mówię.
- Jak tylko będę w Irlandii, na pewno to zrobię.
- Też jesteś z Irlandii? Nie wspominałeś.
- Po co miałby ci to mówić? - wtrąca się Harry.
- Louis, Susan czeka na ciebie, pomóż jej z tą wiolonczelą – rzucam sucho, korzystając z tego, ze Su patrzy na mnie i bezradnie rozkłada ręce.
Chłopak wysiada z samochodu, a kiedy Pan Ciemności chce zrobić to samo, chwytam go za rękaw i ciągnę w tył. Lou ogląda się na nas, żeby zobaczyć, dlaczego nie wysiadamy, ale kiedy spotykam jego wzrok, kręcę głową, żeby dać mu do zrozumienia, że pod żadnym pozorem ma się nie wracać.
- Czego chcesz? - Harry wyszarpuje mi się i patrzy na mnie wściekły.
- Jeszcze raz spojrzysz na mnie w tak pretensjonalny sposób, przysięgam, wydłubię ci oczy. Co się stało, że z tego roztrzęsionego chłopca sprzed dwóch dni stałeś się taką świnią? - pytam.
- O czym ty mówisz?
- Co takiego zrobiłam, że jesteś dla mnie taki chamski? Właściwie tylko w dzień, w nocy mnie potrzebujesz, więc nie masz wyboru.
- Nie potrzebuję cię – oznajmia.
- Nie? Jesteś pewien? - Zaplatam ręce na piersi i opieram się o siedzenie, tak, że widzę teraz zamiast Harry'ego, Susan i Louis'a , którzy wchodzą do środka i zawzięcie o czymś dyskutują. - Twoim zdaniem nie muszę cię budzić?
- Moim zdaniem radziłem sobie bez ciebie przez dwa lata, a teraz sama się mnie uczepiłaś. Mam przez ciebie więcej problemów niż miałem. Wpychasz się wszędzie i wszystkim chcesz pomagać. Co więcej, nawet gdybym przyznał, że cię potrzebuję, nie znaczyłoby to tego, co myślisz. Potrzebuję cię tylko, kiedy mam koszmar, nie rozumiem czemu myślałaś, że mógłbym się z tobą zaprzyjaźnić. Nie prosiłem cię o to, więc nie jestem ci wdzięczny.
Mówi to, a ja uśmiecham się ironicznie. Mówi to, a ja wiem, że mogłabym go teraz rozjechać samochodem ze śmiechem wariatki. Mówi to, a ja czuję, jakby co najmniej mnie uderzył.
Jeżeli gdzieś w środku mnie tkwiła jakakolwiek cząstka, wierząca, że w Harrym pozostało jeszcze trochę człowieczeństwa, on wbił ją w ziemie swoją wielką stopą.
Nie odpowiadam, tylko kręcę z niedowierzaniem głową i wysiadam z samochodu. Trzaskam drzwiami i kieruję się w stronę mojego domu.
Ani mi się śni, nie będę płakać. Muszę się po prostu nauczyć, że on zawsze ma rację. Teraz też. Przyczepiłam się do niego. On mnie nie potrzebuje.
Nawet się nie łudzę, że za mną pobiegnie. Nie mam siły o nim myśleć. Kiedy przebiegam przez ulicę, wyciągam z kieszeni paczkę papierosów. Nie paliłam od dawna, ze strachu przed kolejnym atakiem astmy. Oczywiście, nie poszłam do lekarza. Cały czas wylatuję mi to z głowy, a z każdym dniem moje zainteresowanie tą sprawą maleje. Wkładam fajkę do ust i odpalam ją moją ulubioną zapalniczką.
Wiem, że rodzice mnie za to zabiją, ale wchodzę do środka, jednocześnie kopcąc. Bez wątpienia, w całym domu będzie śmierdzieć. Nie mam jednak zamiaru stać pod drzwiami, będąc narażoną na jego spojrzenie.
- Mamo? Tato? - krzyczę, ale nie uzyskuję odpowiedzi. Pewnie gdzieś pojechali. Bruno zaczyna na mnie skakać, przypominając, że on też tu mieszka, i że bardzo mnie kocha. - Odejdź – fukam zła i wydycham kłąb dymu w jego stronę. Szybko przejdę na balkon z drugiej strony domu. Nikt mnie nie zobaczy i będę mogła wypalić całą paczkę.
Wbiegam po schodach i kieruję się do pokoju Leny, ponieważ drzwi do pożądanego balkonu znajdują się właśnie tam.
Otwieram drzwi, a papieros wypada z moich ust i upada na dywan, wypalając w nim pokaźną dziurę.
Wraz z zapachem kadzidełek i świeczek, do mojej głowy wdziera się obraz mojej małej siostry, całującą nikogo innego, jak jej uroczą przyjaciółkę, Ewangelinę.



Susan's P.O.V




- Wcale cię nie nienawidzi – mówię do Louisa, który taszczy moją wiolonczelę i klepię go po ramieniu.
- Twój ojciec patrzył na mnie tak, jakbym zabrał ci dziewictwo i wystawił na rosyjskim bazarze – jęczy, a ja wybucham śmiechem. Zamykam za nami drzwi frontowe i kręcę z niedowierzaniem głową.
- Wcale nie, po prostu kazał ci trzymać ręce przy sobie.
- Czy to, że trzymał nóż, kiedy to mówił, źle wróży?
- To znaczy, że kroił warzywa, idioto.
Schodzimy po schodkach, a ja zahaczam nogą o krasnala bez wędki. Louis łapie moje ramię, tym samym ratując mnie od upadku.
- Gdzie Jade? - pyta nagle Harry'ego, który jak się okazało wylazł z samochodu i stoi oparty o maskę.
- Poszła do siebie – mówi obojętnie.
- Co? Dlaczego? - Wyciągam szyję, żeby zmierzyć wzrokiem jej dom.
- Pokłóciliśmy się – oznajmia, po czym wsiada do wozu.
- O co? - pytam i otwieram drzwi od strony kierowcy. Niczym niewzruszony Harry zdążył się już wygodnie rozsiąść i nawet zapiąć pasem. - O co? - ponawiam pytanie, tym razem mocniej akcentując każdy wyraz.
- Drobna różnica zdań.
Przewracam oczami i kieruję się w stronę domu przyjaciółki.
- Daj jej odpocząć – Słyszę za sobą głos Louisa, który zatrzaskuje drzwi Harry'ego, żeby ten nie mógł podsłuchiwać. Ten burczy coś niezadowolony, ale nie zwracamy na to uwagi. - Od Harry'ego czasem trzeba. Nie sypia ostatnio za dobrze, może ma dość wszystkiego. Pojadę po nią przed kolacją, przyrzekam – mówi, po czym kładzie rękę na sercu. - Dobrze jej to zrobi – dodaje, kiedy widzi, że mnie nie przekonał.
- Czuję się okropnie, zostawiając ją z tym wszystkim – marudzę, patrząc w stronę okna w jej sypialni.
- Może nie znam jej tak dobrze jak ty, ale wiem, jak Harry potrafi być toksyczny. Nakłanianie jej do powrotu nic nie da. Wyciągniemy ze Stylesa o co się pokłócili, pewnie to jakaś pierdoła. A ja, jak już mówiłem, wezmę ją do domu przed kolacją.
- Dobra, przynajmniej zobaczy się z rodzicami – Poddaję się i podnoszę ręce do góry w bezradnym geście.
- Na pewno nie wyjdzie jej to na złe – Uśmiecha się do mnie pokrzepiająco i otwiera przede mną drzwi do samochodu.
Kiedy wsiadam, zauważam, że tata obserwuje nas bacznie. Szczególnie Louisa, który brawurowo walczy z moją wiolonczelą, bo ta nie chce zmieścić się do bagażnika. Parskam śmiechem, a Harry stuka palcami w kierownice zniecierpliwiony. Gdyby tata bliżej poznał obu chłopaków, zakochałby się w Louisie bez pamięci.
Myśl o zakochaniu przysuwa do mnie obraz Jack'a, który, jak się okazuje po sprawdzeniu telefonu, dalej nie daje znaku życia.




Aron's P.O.V




- Właśnie pierwszy raz okłamałem swoją ciocie – mówię, kiedy wsiadam do samochodu Jack'a.
- A ja okłamałem Susan – Wzrusza ramionami. Pomijam szczegół, że nie może powiedzieć, że zrobił to po raz pierwszy.
- Co właściwie mamy zrobić? - pytam i przeczesuję włosy palcami.
- To co zwykle robię, dostarczyć coś od jednego gościa dla drugiego. Będzie trochę więcej kasy, bo to trochę większa akcja, ale nic takiego. 
- Okej – Kiwam głową i szukam nowych argumentów, żeby usprawiedliwić swoje zachowanie. Kiedy takie się nie pojawiają, wypuszczam powietrze z rezygnacją, bo zdecydowanie mam dość wszystkiego.
- Spokojnie, stary – Jack uśmiecha się pokrzepiająco, ale odprawiam go kpiącym prychnięciem . - Jezu, Aron, mamy tylko przewieźć jakieś skrzynki.
- A jak policja nas złapie?
- Nie złapie – Śmieje się, jakby to, że w ogóle pomyślałem o tym, że ktokolwiek może nas dogonić, było zniewagą jego osoby.
Nasze telefony dzwonią co chwilę, ale wspólnie decydujemy, że wymyślimy jakąś wymówkę, którą wciśniemy dziewczynom później, żeby potem spokojnie wyjaśnić im, dlaczego nie było nas tak długo.
Wymówka musi być naprawdę dobra, bo jestem molestowany wiadomościami wszelkiego typu od tygodnia i po prostu nie mam odwagi, żeby na cokolwiek odpisać albo chociażby przeczytać.
Przewracam w palcach zawieszkę łańcuszka w kształcie krzyżyka. Nie odstępuje ode mnie wrażenie, że wraz ze spalinami za samochodem, zostawiam za sobą pewną część życia.





********************** 




Okolica jest mi już zupełnie obca. Zastanawiam się, jak daleko od domu jesteśmy.
- Co ty tak miętolisz w tych palcach? - pyta w końcu Jack, tym samym przerywając ciszę między nami.
- Łańcuszek – Wyciągam w jego stronę krzyżyk, a ten rzuca na niego wzrokiem i wraca do zdecydowanie za szybkiego prowadzenia.
- Susan ma taki sam – zauważa i uśmiecha się na wspomnienie o dziewczynie.
- Bo dostała go ode mnie, kiedy wyjechała z Polski.
- Powinienem być zazdrosny?
- Nigdy w życiu – mówię i uśmiecham się ironicznie. - Jestem w jej oczach czymś pomiędzy bratem a gejem.
Ściągam z szyi zawieszkę i przyglądam się jej dokładnie. Każdemu jej żłobieniu, kolorom, jakby była zupełnie nowa. A ma już tyle lat.
Zastanawiam się co robią dziewczyny i jak bardzo są na mnie wściekłe.
Kocham je nad życie, ale wyjątkowe okoliczności wymagają wyjątkowych rozwiązań. A właśnie  takie okoliczności się  nadarzyły. 
- Posłuchaj, zrobimy tak - Jack wyrywa mnie z moich refleksji. - Zaraz wysiądziemy i będziemy zachowywać się jak najbardziej naturalnie. Odbierzemy paczkę, wsadzimy ją na tylne siedzenie i spierdalamy. Bez żadnych problemów - Zaciska mocniej ręce na kierownicy, a ja kiwam głową i przełykam ślinę. 
W końcu samochód zwalnia i skręca w jakąś uliczkę. 
- Jack? - pytam w końcu, kiedy w głębi zauważam jakąś postać, która kręci się i niespokojnie rozgląda. 
- Hmm?
- Co jest w środku?
- Nie wiem, ale mamy to dostarczyć jak najszybciej, wieczorem będzie potrzebne. Więc trzeba się sprężać - odpowiada i przygląda się mężczyźnie, który, jak teraz dostrzegam, trzyma w rękach średniej wielkości skrzynkę. 

Jedziemy powoli, żeby nie uderzyć w którąś z otaczających nas kamienic. 
- Do czego jestem tu potrzebny? - Patrzę na niego zdesperowany, a ten tylko wzrusza ramionami.
- Powiedzieli, że do nowej roboty mam kogoś przywieźć, pomyślałem o tobie. 
- Jeszcze jedno, zanim wyjdziemy - mówię, kiedy samochód zatrzymuje się.
- Co?
- Obiecaj mi, że nikomu z naszych rodzin i dziewczynom nic nie grozi. 
- Człowieku, marudziłeś cały tydzień. Nie, nic im nie będzie, nikt nie ma pojęcia kim jesteśmy - Jack przewraca oczami i odpina pas. - Nikogo to nie obchodzi, dla Irydiona liczy się skutek, nie jak do tego doszliśmy.
- Dla kogo?
- Opowiem ci w drodze powrotnej, chodź.
Wychodzę z samochodu i zastanawiam się, jakim cudem jest tak zimno, skoro jest sierpień. 
Wciskam ręce w kieszenie i wbijam wzrok w ziemie. Maszeruję za Jack'iem i staram się wyglądać jak najbardziej naturalnie.
- Jerry! - mówi Jack, a ja podnoszę głowę i dokładnie widzę naszego dostawce. 
Ma ciemnobrązowe oczy, przydługie, czarne włosy i sztuczny uśmiech doklejony do twarzy. 
Kiedy podchodzimy bliżej, zaciąga na głowę kaptur i opuszcza trochę głowę. 
- Austin - wita się i zajmuje mi chwilę, żeby zrozumieć o kogo mu chodzi. 
,,...nic im nie będzie, nikt nie ma pojęcia kim jesteśmy." Otwieram usta lekko, bo w końcu dochodzi do mnie sens tych słów.  Jack mógł wybrać sobie mniej pedalskie przezwisko.
- Twój kolega to...? - pyta ,,Jerry" i wskazuje na mnie głową, gdyż ręce ma zajęte przez pudło. 
- A....Adam. Adam - powtarzam dobitnie i kiwam głową z przekonaniem
Jerry przypatruje mi się jeszcze przez chwilę, po czym wraca ze swoją uwagą do Jack'a. 
- Ty prowadzisz?
- Tak.
- W takim razie, kolega Adam trzyma - Podaję mi pudło, a ja zaskoczony jego masą, prawie je upuszczam. - Uważaj, w środku jest coś, co nie lubi wstrząsów. Lepiej dobrze tego pilnuj.
- Czyli co? - pytam, kiedy ten bez większego pożegnania się odwraca i chce odejść. Patrzy na mnie przez ramię i uśmiecha się  jeszcze szerzej niż do tej pory.
- Kolega chyba nowy, co? - Podnosi brwi.
- Co jest w środku? - ponawiam pytanie.
- Może nie powie ci to dużo, ale Koktajle Mołotowa. Lepiej uważaj, żeby nic ci się nie rozlało  - Puszcza do mnie oczko, a mi nagle robi się sucho w ustach. Patrzę na Jack'a, kiedy Jerry odchodzi.
- Stary, nie panikuj. Pojedziemy ostrożnie, będzie wszystko dobrze. 
- Trzymam w rękach coś, co może się zapalić, wybuchnąć albo wszystko na raz. Nie mów mi, że mam być spokojny - syczę i na rozchwianych nogach wracam do samochodu. W głowie cały czas powtarzam sobie, dlaczego właściwie to robię. 
Zaciskam usta i powoli wsiadam do samochodu. Staram się nie myśleć o tym, że właśnie trzymam na rękach śmierć.


*****************


Wysiadamy z samochodu po podróży, która trwała dwa razy dłużej, niż w drugą stronę. 
Jack parkuję w prawie tak samo obskurnej okolicy, w jakiej mieliśmy nieprzyjemność poznać Jerry'ego. 
Jestem spocony jak mysz i wykończony psychicznie. Całą drogę miałem gardło ściśnięte tak mocno, że aż bolało. Teraz dłonie mi się trzęsą i boję się, że upuszczę skrzynkę zaraz przed tym, jak będę miał ją komuś przekazać.
Nie odezwaliśmy się do siebie z Jack'iem słowem, od momentu, kiedy wsiedliśmy do samochodu.
Oddycham ciężko, żeby uspokoić swoje ręce, kiedy razem przemierzamy obskurne uliczki. Tym razem nikt nie wyszedł nam na spotkanie. 
- Tu ktoś powinien na nas czekać - mówi w końcu mój towarzysz, przerywając ciszę ciągnącą się od kilku godzin.
Rozglądam się dookoła. Stoimy na placyku, otaczają nas za wysokie jak na mój gust kamienice, a niebo ciemnieje, zwiastując burze. W końcu to Londyn.
- Jack - odzywam się, kiedy zauważam ruszający się w oddali cień. - Ktoś idzie.
Zza jednej z kamienic wychodzi grupka mężczyzn, ubranych w garnitury i okulary przeciwsłoneczne. 
Jeden z nich wychodzi z szeregu, może pięcioosobowego, odbiera skrzynkę i odchodzi, niczym nie wzruszony. Po prostu, zostawia nas tak jak stoimy, zupełnie zaskoczonych zaistniałą sytuacją. 
Mój telefon wibruję, w tym samym momencie co Jack'a. Oboje patrzymy na wyświetlacze, na których pojawiają się pierwsze krople deszczu. 
Stan naszych kont został zasilony o kilka umówionych tysięcy.
- Zrobiliśmy to - mówię, a mój głos strasznie się trzęsie. - Stary, zrobiliśmy to. 
- I nie zginęliśmy - Patrzy na mnie z miną, jakby sam nie dowierzał w swoje szczęście. 
- Zrobiliśmy to...
- I nie zginęliśmy.....
- Zrobiliśmy to!
- I nie zginęliśmy! 
Nie wytrzymuję już dłużej i upadam na kolana na ziemie. Deszcz pada już na całego, a ja odchylam głowę do tyłu i śmieję się sam z siebie. 
Jack biega wokół mnie jak opętany, mówiąc co chwile: ,,Żyjemy, Jezu, żyjemy...".





--------------------------------------------



JAK JA WAS KOCHAM <3
Dobra, jest pierwsza, spóźniłam się z rozdziałem 3 dni, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie :(

Wybaczcie :*
Dziękuję, że jest was coraz więcej, mam nadzieję, że was nie zawiodę ;**
Przysięgam na wszystko, nowy rozdział pojawi się do końca tygodnia!
No i jeszcze jedno......czy ktoś chciałby przeczytać mojego pierwszego bloga? Ostrzegam, to najgorsze gówno jakie kiedykolwiek powstało, ale mam do niego sentyment XD

21 komentarzy:

  1. Wow pierwsza xD. Rozdzial świetny. Nastepny za tydzien? :D

    OdpowiedzUsuń
  2. 31 lipca depresyjny dzień? Halo, moje urodziny. I Harry'ego Pottera. Jaka depresja? XD A flety są super, no ej. I prosty i poprzeczny, pochwalę się, że gram na obu :D Jezu, Harry mnie wkurwia, ale i tak go kocham, ech. Louisa też, Boże, obaj są cudowni. A Jacka nie lubię, Arona powoli też przestaję ;-; No i kurde, relacje między Jade i Harrym mi się nie podobają... Chociaż w sumie, ich kłótnia przywodzi mi na myśl takie stare małżeństwo XD Jezus, tak bardzo niecierpliwie czekam, aż ten cioł ogarnie, że ją kocha, a nie nie nienawidzi ;-; Co do "nie nienawidzenia", pokochałam Louisa jeszcze bardziej za "Twój ojciec patrzył na mnie tak, jakbym zabrał ci dziewictwo i wystawił na rosyjskim bazarze". Przysięgam, zacytowałam ten fragment co najmniej czterem osobom, zakochałam się XDD No i na koniec, bardzo podobała mi się wzmianka o Mołotowach :D
    Także, ten, pozdrawiam cieplutko i do następnego ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. JA TEŻ GRAM NA FLECIE :O
      W następnym rozdziale, który dodam za jakieś 30 sekund będzie więcej ,,Jarry'ego". :D
      Dziękuję bardzo <333

      Usuń
  3. bosheee jak zwykle wspaniałe <3 czekam na następny rozdział :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Ohh Ja chcę twoje gówno! :* Wkoncu wyjasniona sprawa z Aronem twoim pupilkiem (jakkolwiek to brzmi to kojarzy mi sie te wyrazenie z pieskiem) xD W takim momencie przerwalas perspektywe Jade że no! Kochanie? I WANT MOOR! (chyba napewno zle to napisalam bo zapomnialam) :D Ehh ten wieczorek filmowy Louisa i Susan^^ Szczerze? To chce zeby byli ze sobą no bo on się o nią tak troszczy i w ogóle.Szkoda naprawde (bo nie na niby^^) że pov Jade jest taka krótka uwielbiam jej perspektywe ♥ I ten curly te jego wyznanie że nie chce się z nia przyjaznic aż samą mnie to zabolalo.Chciałabym (chcieć sobie mogę) zeby on w końcu zauważył i zareagował na to jak ją krzywdzi.Powiedzmy że moglabys zrobić mi prezent na urodziny i napisać troszeczkę romansidelka z Harrym i Jade :D Plose (wyobraź sobie oczy kota ze Shreka).Kurde :/ za bardzo się podniecam i przezywam te opowiadanie ♡ Przepraszam że taki krótki komentarz ale mam problemy z internetem i siedzę u koleżanki (Mogę teraz ją pozdrowic? :3) Ojj no to pa pa! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aron, mój pupilek :D
      Pozdrawiaj pozdrawiaj ;*
      No i stoooo lat! :D
      Następny rozdział dodaję zaraz, mam nadzieję, że ci się spodoba :D
      DO następnego ;**

      Usuń
  5. Extra xd Czekam na kolejny rozdział :p

    OdpowiedzUsuń
  6. Jakiś czas temu natrafiłam na to opowiadanie i po prostu się w nim zakochałam, stało się ono miłością i obsesją w moim życiu. Zanim zostałam jego czytelniczką, codziennie sprawdzałam czy nie dodałaś nowego rozdziału. Cały czas myślę o dalszych losach Vicky i Harry'ego. Mam nadzieję że zaczną się ze sobą dogadywać a Hazz przestanie być wredny i okaże trochę ciepłych emocji.

    Poza tym czekam na nową notkę i życzę duuużo weny ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. AAa dziękuję ;** To takie miłe, czytać takie komentarze ;)
      Dodaję już dzisiaj :)

      Usuń
  7. Gaby &amp; (leniwy dziad, któremu nie chce się pisać komentarza) Kate6 lutego 2015 17:19

    Świetny rozdział!
    Harry (chyba pierwszy raz normalnie napisałam jego imię) ty BEZUCZUCIOWY CIECIU!
    Jeszcze będzie ją bładał, żeby go budziła!
    "Twój ojciec patrzył na mnie tak, jakbym zabrał ci dziewictwo i wystawił na rosyjskim bazarze" dzięki tobie usłyszałam to już chyba 5 razy w ciągu godziny... Ale nie narzekam.
    Biedna Młoda nie spodziewała się odwiedzin ^_^
    Ciekawe jak zareaguje na to nasza kochana Jade i co zrobią z dywanem?
    Aron and Jack you dirty bastards! Ale i tak ich lubię, no może Jacka mniej, ale Cii...
    Kate go kocha, więc ja mogę go nie lubić :)
    Co by tu jeszcze? Wiem! Więcej skrzypiec, by powkurzać Harrusia!
    Much love xox

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ,,BEZUCZUCIOWY CIECIU!" XDD
      Much much love <3 Cieszę się, że się wam podoba :D Kochane ;*
      Do następnego ;*

      Usuń
  8. Cudowny rozdział jak zwykle...czemu skończyłam perspektywę jade w takim momencie? Wiesz, że ja ją uwielbiam, ale jeszcze bardziej wolę Harry'ego, który, przy okazji mówiąc, zachował się normalnie tak chamsko jak nigdy....On jest jakiś porabany..ciekawe co zrobi jade po tym ci zobaczyła.mam nadzieje ze jej nie wyda, bo to w końcu jej siostra jest...coraz bardziej nie lubię arona i Jacka (jeszcze bardziej niż na początku) co oni zrobili? Jakieś glupki normalnie...niech się opamietaja bo na dobre im to nie wyjdzie...i kiedy Susan się zorientuje, że to Louis jest ten wyjątkowy..przecież oni powinni być razem..:/ czekam nn i życzę weny kochana <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo <3
      Ja ich wszystkich kocham ,czasami ciężko mi pisać, że robią coś głupiego :D
      Ah dziękuję, wena zawsze jest potrzebna ;** <3

      Usuń
  9. Rozdział genialny!! Boże no nie wytrzymam czemu Harry jest dla niej takim chamem nie rozumiem? ale!! Jak mówią jest cienka linia między miłością a nienawiścią wiec...no xd nie wiem w każdym razie zachowuje się jak skończony dupek. I nie rozumiem jak mogłaś przerwać moment kiedy Jade je nakryła no co ty w ogóle robisz?! A co do Arona i Jacka..co oni kombinują nie ogarniam.. Jack śmierdzi mi przekrętami xd dobra to ja czekam ze zniecierpliwoscią na następny!! Mam nadzieje że szybko dodasz ^^ i jak w ogóle możesz mówić że się " wypalasz"?! No jak?! Piszesz świetnego bloga wiec nigdy nie wasz się tak mówić! Pozdrawiam i życzę weny :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu czasem mnie nachodzą czarne myśli :/
      Harry jest chamem, bo nikt mu nigdy w ryj nie dał :D
      Dziękuję bardzo <3

      Usuń
    2. To niech w końcu dostanie xd!!

      Usuń