poniedziałek, 29 grudnia 2014

Rozdział dwudziesty szósty.


Jade's P.O.V

- Przyznasz, że mam rację? - pytam.
- Nie przyszedłem tutaj, żeby się przed tobą płaszczyć. Bądźmy kwita, ja cię wysłuchałem, ty zrób to samo. - Zaplata ręce na piersi i odwraca głowę w stronę okna.
- A więc proszę, wyżal mi się. - Podnoszę się na łokciach i siadam bliżej niego.
- Może masz rację co do Louisa. Może - dodaje, widząc mój triumfalny wyraz twarzy.
- Rozwiń swoją wypowiedź. - Opieram głowę na kolanach i przypatruję mu się, rozbawiona jego zakłopotaniem.
- Może rzeczywiście byłem niesprawiedliwym hipokrytą. To wyjaśniałoby moje wyrzuty sumienia. - Kiwa głową, jakby utwierdzając się w swoim przekonaniu. - No i w końcu, może nie powiedział o tym najgorszym ze wszystkich osobą. Może nie jesteście...nie jesteś najgorsza z najgorszych, spośród najgorszych. - Patrzy na mnie przez chwilę, po czym odwraca wzrok, skrępowany swoim wyznaniem.
- To najsłodsza rzecz, jaką kiedykolwiek od ciebie usłyszałam. - mówię, z nieudawanym wzruszeniem.
- Nie przesadzaj już.
- Naprawdę - zapewniam go. - Czy to znaczy, że masz zamiar wrócić?
- Nie wyjedziesz beze mnie?
- Nie - odpowiadam od razu, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że właśnie przyznałam, że go potrzebuję. Czerwienię się lekko, próbując uspokoić się, w myślach wmawiając sobie, że przecież od dawna już to wiedział. Tak, moje pocieszanie niewiele daje.
- Więc chyba będę musiał - Wzdycha i teatralnie przewraca oczami.
- Chyba tak.
- Dobrze, nie będę ci więcej przeszkadzać. Wyśpij się, skoro mamy lecieć do domu - oświadcza, podnosząc się.
- Chcesz lecieć już jutro?
- A ty nie?
- Myślałam, że wrócimy na ostatnią chwile, żeby trochę tutaj pozwiedzać. W końcu zostały nam jeszcze 4 dni - stwierdzam, po upewnieniu się, że jest dzisiaj 24 lipca. Zegarek wyraźnie wskazuje datę, oraz godzinę, 00:35.
- Tak usilnie chciałaś mnie ściągnąć do kraju, a teraz sama chcesz zostać? - pyta, podnosząc wysoko jedną brew.
- Nie oceniaj mnie. - Szczerzę się do niego.
- Gdzieżbym śmiał.
- Idziesz spać? - pytam go i sama kładę się na lewym boku.
- Nie - kręci głową. - Nie, nie idę.
- To co będziesz robił?
- Jeszcze nie wiem, może pójdę coś zjeść.
- Wiesz, skoro i tak już nie śpię, może mogę ci potowarzyszyć? - pytam. Mimowolnie zaczynam nakrecać włosy na palce, tym samym ukazując swoją niepewność. Głupia, przestań się peszyć! - nakazujęmoja sobie w myślach.
- Jeśli chcesz.
Nie odpowiadam mu, po prostu wyskakuję spod kołdry i podążam za nim do jednego z pogrążonych w mroku korytarzy. Harry musi znać cały dom na pamięć, bo jest kompletnie ciemno, a ja co chwile obijam się o ściany. W końcu to Pan Ciemności, jemu mrok nie straszny.
- Uważaj, stopień. - upomina mnie, a ja już po chwili tracę grunt pod nogami. Łapie się czegoś w ostatniej chwili i słyszę jego kpiące prychnięcie w mroku.
- Nie śmiej się.
- Przecież mówiłem, że jest stopień.
Decyduję się pozostawić całą sytuacje bez komentarza, w obawie przed kolejną beznadziejną kłótnią.
Wędrujemy jeszcze przez chwilę, aż w końcu pod stopami czuję zimno kafelek. Tracę Harry'ego z miejsca obok siebie, a po chwili pomieszczenie wypełnia światło. Mrugam kilka razy i widzę chłopaka, stojącego przy ścianie z ręką na włączniku.
- Masz ochotę na pomarańcze? - pyta, jeszcze bardziej zawstydzony całą sytuacją niż ja.
- Enzo ma pomarańcze o tej porze roku?
- To Enzo, on ma wszystko. - Wzrusza ramionami, na co ja wybucham stłumionym śmiechem.
- Rozumiem.
- One powinny być...tutaj. - mówi, uprzednio rozglądając się po szafkach. - Łap - mówi, rzucając w moją stronę jednego z nich.
Jak zawsze, kiedy ktoś rzuca czymś w moim kierunku, kulę się i uciekam od latającego pocisku. Pomarańcza odbija się od ściany za mną i spada na podłogę. Trzymam się za serce i patrze wściekła na Harry'ego.
- Nie rzucaj we mnie nigdy niczym! - fukam obrażona i podnoszę owoc z ziemi.
- Boisz się?
- Jak niczego innego! - przyznaję, spuszczając wzrok na swoje ręce i trzymany w nich owoc. Obracam cytrusa w dłoni, sprawdzając czy coś mu się stało i czy jego ewentualne obrażenia nie są zbyt wielkie.
- Przepraszam, nie wiedziałem.
- Za karę masz mi ją teraz obrać.
****
- Musisz być taki chamski? - pytam po raz kolejny, kiedy ten zadowolony z nowego sposobu denerwowania mnie, podaję mi zgnieciony kawałek pomarańczy.
- Nie muszę, ale chce.
- Harry - jęczę, kiedy widzę, jak specjalnie zgniata moje części owoca.
Siedzimy na podłodze w kuchni i jest już dobrze po pierwszej w nocy. Nie liczą jego chamskich docinków co jakiś czas, o dziwo, dogadujemy się. - Mogę o coś zapytać?
- Skoro musisz.
- Co się dzisiaj zmieniło? Między nami?
- Wiesz, to chyba kwestia moich wyrzutów sumienia. Po prostu musiałem się komuś wygadać, a ty tutaj jesteś, więc sama rozumiesz.
- Aha. - Czyli jednak między nami po staremu, po prostu robię za lekarza jego samopoczucia. - Myślę, że powinnam już iść spać.
- Jeżeli chcesz. - Wzrusza ramionami. Jego obojętność jest jeszcze gorsza niż chamstwo. Kręcę z niedowierzaniem głową i podnoszę się z miejsca. Przecież to Harry Styles. Bezuczuciowa, okropna szumowina.
Wychodząc z kuchni jeszcze mam nadzieję, że chociaż zaproponuje, że odprowadzi mnie do pokoju. W końcu przyjechałam do Irlandii tylko po to, żeby pogodzić go z jego najlepszym przyjacielem. Jeżeli liczę na jakąś oznakę zainteresowania z jego strony, to jednak grubo się mylę. Wracam do pokoju sama i kładę się w łóżku. Usypiam, czując jak buzuje we mnie wściekłość.

Susan's P.O.V


- Louis, zabijesz mnie za to, ale nie mogłam przepuścić takiej okazji - mówię ze śmiechem, kiedy chłopak wkracza do kuchni.
- Co się stało? - pyta, na co ja podaję mu telefon. Przebiega wzrokiem po wiadomościach, a jego mina zmienia się co chwila z wesołej na strapioną. - Susan, cholera jasna. - Marszczy brwi i siada na blacie. - Wiesz, jak teraz będę musiał się tłumaczyć?
- To ona zaczęła wojnę ze mną. - Zaplatam ręce na piersi i patrzę na niego spode łba.
- A ty oczywiście musiałaś ją skończyć? - spogląda na mnie zdruzgotany.
- Tak.
- Moim kosztem?
- Za to akurat mogę przeprosić. Powiesz jej, ze zabrałam ci telefon, zwal to wszystko na mnie.
- Nie używaj tak dwuznacznych zwrotów! - upomina mnie, teraz już nie kryjąc rozbawienia.
Śmiejemy się jeszcze chwile, aż zupa nie zaczyna kipieć. Ratujemy ją, a całe zajście nie psuje naszego szampańskiego nastroju.
- Co mam jej odpisać? - pyta, oglądając dokładnie telefon z każdej strony.
- Napisz: ,,Sorry, nie do ciebie". Myślę, że się nie zorientuje.
- Susan!
- Napisz, że to ja, będzie po sprawie. Powiedz całą prawdę, zwal to...
- Nie kończ!
- Dobrze! - Wyrzucam teatralnie ręce w powietrze
- Dobrze!
- To może do niej zadzwonisz?
- Dobrze!
- Już koniec tej zabawy - śmieję się, a on pokazuje mi język i odchodzi w stronę tarasu, z zamiarem wykonania telefonu. Obserwuję go jak zdenerwowany jest, a to wszystko przeze mnie. Uśmiecham się smutno do siebie, po czym decyduję się zrobić coś mega głupiego, przesadnie słodkiego i w ogóle nie w moim stylu.
*****
- Jest chyba dobrze, przeprosiłem ją od ciebie, wymyśliłem coś, że jesteś pijana... co to jest? - pyta Lousi, rozglądając się po pokoju i zawieszając spojrzenie na stole.
- To mój przeprosinowy obiad. - wyjaśniam.
- Pokroiłaś ogórka w słowo ,,Przepraszam"? Jesteś taka urocza. - Louis przyciska dłonie do policzków i podbiega do mnie, z zamiarem przytulenia mnie. - Nie gniewam się, nie mógłbym. - Śmieje się w moje włosy, kiedy przyciska mnie do swojego ciała. - Aron się odezwał? - Odsuwa mnie na długość swoich ramion i patrzy mi w oczy.
- Nie. Kompletnie nic. - Poprawiam włosy, które opadły na moją twarz i znacznie ograniczyły moje pole widzenia.
- Cholera, może pójdę go poszukać?
- Teraz masz zjeść mój obiad, którym nie pogardziłby Gordon Ramsay! Zadzwonię do niego jeszcze raz.
- Dobrze, ale jeżeli nie wrócą do wieczora, zarządzam akcje poszukiwawczą - oznajmia, przykładając dłoń do serca. - Nie martwisz się o nich? - pyta, opadając na krzesło.
- Martwię się. Bardzo się martwię. - przyznaję i zajmuję miejsce naprzeciwko. Wyciągam telefon z kieszeni i wybieram numer mojego chłopaka.


Aron's P.O.V


- Jack, nie rozumiem cię. To tylko głupi telefon. Wyszła wam z tego awantura jak o nie wiadomo co.
- Mogłaby się nie wpieprzać.
- Nie wpieprza się, po prostu chciała zadzwonić. Może ty naprawdę coś ukrywasz?
- Teraz ty przeciwko mnie?
Nasze debaty toczą się już od kilku godzin. Nie udało mi się z niego wyciągnąć, dlaczego tak się wściekł. Teraz żałuję, że prawie w ogóle nie przykładałem wagi do ćwiczeń - Jack, jak się okazało, ma znacznie lepszą kondycję niż wszyscy mogliby myśleć. Przemierza las szybkim krokiem już dłuższy czas, a mi nogi powoli zaczynają słabnąć.
- Jack, wracajmy do domu, spokojnie o tym porozmawiamy.
- Jeżeli chcesz, to wracaj. - burczy, po czym dalej wędruje jedną ze ścieżek, z wzrokiem martwo wbitym przed siebie.
- Chce wrócić z tobą, albo chociaż dowiedzieć się, co jest prawdziwym powodem twojego zdenerwowania.
- Posłuchaj mnie. - Odwraca się gwałtownie i patrzy mi prosto w oczy. - Nie zdradzam Susan, ale nie chce, żeby wiedziała o każdym szczególe mojego życia. To jest cięższe niż ci się wydaję.
- Jakim szczególe? - podnoszę jedną brew do góry i poprawiam opinającą się na moich ramionach koszulkę.
- Jednym z wielu. - odpowiada, po czym znowu wraca do swojego ,,wyzwalającego od gniewu" spaceru.
- Jack, proszę cię, skoro nie chcesz o tym rozmawiać ze mną, to chociaż nie każ się jej martwić. Bądź fair w stosunku do Susan - mówię błagalnym tonem. Chyba przemawiają przeze mnie obolałe nogi.
- Nie możesz wracać sam?
- Nie mogę.
- Dlaczego?
- Bo chce znowu zobaczyć cię w twoim świetnym humorze. Chce, żebyś wrócił ze mną jako mój wiecznie roześmiany...przyjaciel - dukam cicho, po czym spuszczam głowę w dół.
- Jak mnie nazwałeś?
- Przyjaciel. Przyjaciel, okej? - powtarzam trochę głośniej. - Jesteś moim przyjacielem i chcę cię z powrotem. Wiem, że ta kłótnia to błahostka, ale nie daje mi to spokoju i wracając sam zawiódłbym siebie.
- Też jesteś moim przyjacielem. - mówi z uśmiechem, co sprawia, że czuję ulgę, wiedząc, że swoim wyznaniem przybliżyłem się do zwycięstwa w tym "konflikcie".
- Czy teraz, PRZYJACIELU, możemy wracać? Proszę?
- To nie takie proste.
- Jack, to największa pierdoła o jaką można się pokłócić. Mam dość proszenia się o coś, wracamy do domu natychmiast. - żądam, a on patrzy na mnie zdziwiony, po czym wybucha śmiechem. - No co?
- Wyglądasz jak mała harcereczka w środku lasu, w tym swoim zielonym podkoszulku.
- Wspaniale, możemy wracać? - ponawiam prośbę, szczelniej okrywając się bluzą, którą zabrałem z domu. Mimo wszelakich zapewnień meteorologów, pogoda nie jest fantastyczna - wieje zimny wiatr, który sprawia, że trzęsę się z zimna.
- Możemy, skoro tak prosisz. Masz rację, ta kłótnia była głupotą. - przyznaje, a ja w myślach przybijam sobie piątkę.
- Była. Do domu w te stronę? - pytam, wskazując na ścieżkę.
- Nie, musimy skręcić na następnym rozwidleniu drogi w prawo.
*********
- Zgubiliśmy się! - krzyczę. - Zaraz złapie mnie jakiś boa-dupczyciel i tyle z naszej wycieczki! Zginiemy!
- Aron, jesteś nienormalny. Trochę zboczyliśmy z trasy, to wszystko. - Jack próbuję przekonać i siebie, i mnie.
- Nie mamy zasięgu, zawsze tak to się zaczyna. Zabije nas szalony drwal. O Boże. - Łapię się za czoło.
- Uspokój się i daj mi myśleć, wstrętna babo!
- Zaczyna się robić ciemno!
- Aron, jest dopiero trzecia po południu. Jest jeszcze jasno. Jesteś nienormalny.



Susan's P.O.V
- Robi się ciemno. - mówię zaniepokojona, wyglądając przez okno.
- Su, jest trzecia po południu. Jest jeszcze jasno.
- Pewnie się zgubili. Aron ma okropną orientację w terenie. W ogóle jej nie ma.
- Susan, popatrz na mnie. - Louis mocno łapie mnie za ramiona i obraca w swoją stronę. - Nic im nie jest. Powinnaś zadzwonić do Jade, zapytać jak się czuję. Chłopcy niebawem wrócą do domu.
- Tak, do Jade. Zadzwonię, masz rację. - kiwam głową gorliwie i wyciągam z kieszeni telefon. - Albo nie, pewnie śpi, zadzwoni sama, jak lepiej się poczuje.
- Może racja. Ty w każdym razie powinnaś odpocząć. Masz ochotę obejrzeć jakiś film?
- Jaki film jest mi w stanie zrekompensować to wszystko co teraz się dzieje?
- Szybcy i wściekli?
- Przekonałeś mnie.
Louis wybucha śmiechem i kręci z niedowierzaniem głową. Włącza na laptopie wybrany wcześniej film i przysiada się obok mnie.
- Mała, nie przejmuj się. Arona nie zwiedzie jego powonienie, wróci na kolację. Jack przyjdzie za nim i wszystko między wami będzie dobrze.
- Myślisz?
- Jestem pewny.
*****
- Louis? Chyba zasnęliśmy. - stwierdzam, przecierając oczy.
- Chryste - Przeciąga się zaspany. - Ale mnie bolą plecy.
- Która godzina? - pytam i podnoszę się na rękach.
Koc, którym Louis musiał mnie przykryć spada bezwładnie na ziemie.
- Dwudziesta - odpowiada chłopak.
- Spałam cztery godziny na twoim ramieniu?
- To chyba znaczy, że jest wygodne.
- Nie, Louis, nie o to chodzi. Ich ciągle nie ma. Boże, ich ciągle nie ma. - Zaczynam biegać od okna do okna, a moje serce bije jak oszalałe. - Nie ma ich?
- Pójdę ich poszukać. - Chłopak odkłada koc na kanapę i wciąga na głowę bluzę. - Wezmę ze sobą telefon. W razie czego dzwoń do mnie.
- Zostawisz mnie tutaj? - Odwracam się gwałtownie i patrze na niego szeroko rozwartymi oczami.
- Susan, nie panikuj, to tylko chwila. Zaraz wrócę. - Posyła mi smutny uśmiech i znika za drzwiami. Zostaję sama i biję się z myślami, biegając od jednego okna, do drugiego, w międzyczasie wyglądając przez drzwi. Wall-E i Bruno dzielnie mi towarzyszą, w mojej dzikiej gonitwie, ale ich obecność jeszcze bardziej mnie strofuje.
Jade nie zadzwoniła, chłopaków nie ma, a ja już kolejne minuty siedzę sama w pustym domu.
Czas ciągnie się niemiłosiernie, a ja parzę kolejny kubek herbaty, a kiedy zegar wybija 21:00, jest mi już niedobrze ze zdenerwowania.
Ściskam go w dłoniach tak mocno, że kostki bieleją mi jak mąka. Wyrzuty sumienia, jedne absurdalne, drugie mniej, zaczynają przedzierać się do mojego umysłu.
- Wall-E, czy wszystko zawsze musi kończyć się tak okropnie? - pytam psa, który kładzie się koło moich nóg. - Tak, chyba tak.


Lena's P.O.V

Siedzę w pokoju na górze i wymachując nogami w powietrzu, przewracam kolejne strony gazety, kiedy z dołu dochodzi do mnie głos:
- Może pojedziemy do Jade? Strasznie się o nią martwię, to dziwne, że nie chciała przyjechać do domu.
Dławię się gumą, którą akurat mam w buzi i w tępię szybszym niż niejeden mógłby przypuszczać, zbiegam na dół.
- Mamo, tato! Co robicie? - dyszę, kiedy ze ślizgiem zatrzymuję się w kuchni.
- Rozmawiamy - wyjaśnia, najwyraźniej poruszony moją nadpobudliwością tata.
- O czym? Może chcielibyście gdzieś dzisiaj pojechać? Albo coś obejrzeć? Hm? - zadaję szereg pytań, mając nadzieję, że zbiję ich z tropu.
- Coś się stało, kochanie? - Mama przygląda mi się uważnie. - Wyglądasz na zaniepokojoną.
- Nie, wszystko jest dobrze. Zjedzmy coś razem! - Klaszczę w dłonie i z impetem rzucam się na krzesło.
- No dobrze, na co masz ochotę? - pyta tata, po czym zaczyna oglądać zawartość naszych szafek. Kiedy nie otrzymuję odpowiedzi, odwraca się przez ramię i spogląda na mnie. - Nie kołysz się na krześle! - upomina mnie.
Wtedy, to jedyny racjonalny pomysł, jaki przychodzi mi do głowy. Wiem, że jeżeli pojadą do mieszkania, zorientują się, że Jade nie ma. A tak nie może się stać, więc odchylam się jak najmocniej umiem i korzystając z tego, że krzesło i tak jest na skraju wytrzymania, zaczynam huśtać się jak najmocniej mogę. Kiedy słyszę pod sobą trzask, wiem, że mi się udało.
- O nie, chyba się złamało. Tato, musimy je skleić. - Zrywam się z miejsca i oglądam wyrządzone przez siebie szkody.
- Lena! Prosiłem, prosiłem, to nie, musi się bujać jak nienormalna. - Rzuca w moją stronę komplementami mój rodziciel i nie zważając na wymowne spojrzenie mamy, wyciąga z szafki klej.
- David, nie uważasz, że należy w końcu kupić nowe, a nie cały czas udawać, że klej ,,dobrze trzyma"?
- Uważam, że jestem mężczyzną w tym domu, więc to ja o tym decyduję!
- Uważam, że skoro ja skręcałam wszystkie meble z Ikei, ja też mam prawo głosu!
Powoli wycofuję się z kuchni, wiedząc, że na ten wieczór są już zajęci. Szczerze się jak głupia, kiedy biegnę na górę i wysyłam szybkiego sms'a do Ewangeliny.
Zadowolona z siebie umawiam się z nią na spotkanie, za dziesięć minut. Napisała, że koniecznie musi ze mną porozmawiać.
Jakoś nie przywiązuję do tego zbyt dużej uwagi. Po prostu wciągam na stopy trampki i wybiegam z domu. Truchtem pokonuję odległość dzielącą dom, od naszego stałego miejsca spotkań, czyli osiedlowy sklep, a konkretnie miejsce za nim. To trochę nie na miejscu, przesiadywać za sklepem, ale kiedy okolica nie proponuje niczego lepszego, nic nie można poradzić.
Kiedy docieram na miejsce, Ewangelina już na mnie czeka. Musi to być coś bardzo ważnego, skoro jest tu przed czasem.
- Cześć - Uśmiecham się do niej - O co chodzi?
- Chodzi o nas. - tłumaczy, a uśmiech schodzi z mojej twarzy, kiedy słyszę jej ton głosu. - Lena, ja nie chce się dużej z tym ukrywać. Nie chce dużej nas ukrywać. Powiedzmy naszym rodzicom, że jesteśmy razem. Mam dość udawania ,,przyjaciółki". Musisz wybrać.




********


 Jak po świętach? :D
Dlaczego tyle was tu przybyło :O
Nie, nie narzekam.
Dziękuję <3

22 komentarze:

  1. Świetny rozdział!!! Oby takich bylo wiecej!!! Kocham to ff i zastanawiam sie jakie tajemnice odkryje Jade w stosunku do Harrego czekam na next i weny zycze ~xoxo~

    OdpowiedzUsuń
  2. Co tu się dzieje, rany boskie. A ten dopisek zabrzmiał pretensjonalnie. Też miło mi Cię widzieć XD W każdym razie, to są jednak nerwy, jak się odświeża stronę cztery godziny dziennie w oczekiwaniu na rozdział... Jak Ty to robisz? :o Także, nie przedłużając, niecierpliwie czekam na nn c:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miał tak zabrzmiec, przepraszam :P Przecież ja was kocham ;* Udanego sylwestra :D

      Usuń
  3. Nie moge spać i czytam najlepszego bloga ever!!! Ale jednak chciałabym więcej z perspektywy jade lub harryego.. Inni mnie nie interesują ;P żarcik..kocham i udanego sylwestra 🎉🎆🎊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak wszyscy znowu się spotkają będzie więcej o nich. Na razie nie mogę zaniedbywać innych! :D A już na pewno nie mojego kochanego Aarona <3 Udanego sylwestra! !!

      Usuń
  4. OMG !!!! Mój myster lova lova xD WRACA! <3 Czy ja juz mowilam że cierpie na przypadłość kocham victoriousa? Może dlatego że zajebiscie piszesz a ja mam na imie Victoria? :D tak tak to musi być to?
    Ps.Mam pytanie ...wchodzilas na moj blog? :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wchodziłam, musze zacząć komentować :p gratuluję fajnego pomysłu ;) ;*

      Usuń
    2. Fajnego pomyslu ja? Pfff
      Chyba twojego! :* Jest zupelnie inny od innych i strasznie wciaga :D

      Usuń
  5. Omg! Nie spodziewałam się, że Lena jest lesbijką XD ale to fajnie. Już przy tym rozdziale widać, że Harry i Jade są w sobie zakochani :'') XD wspaniały.. Czekam na next c:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozdział może pojawic się dzisiaj ;) tak, nie ma co, kochają się :D

      Usuń
  6. OMG! Jaki zaskok, nie spodziewałam się tego po Lenie xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W końcu was czymś zaskoczyłam! HA!!! :D

      Usuń
  7. O wow tyle się dzieje w tym rozdziale że mało co się nie pogubilam ^^ chyba coś zaczyna się dziać między Jade i Harrym!!! I moment z pomarańczą haha xd rozdział cudo :* nie mogę doczekać się następnego :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moment jest zainspirowany zachowaniem mojego kolegi, który zawsze tak robi :( rozdział być może wieczorem :*

      Usuń
  8. Mój ulubiony fragment to "Aron sam w lesie" ;P boa-dupczyciel ,jebłam xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha dzięki xD Aron jest moją największą miłością :D

      Usuń
  9. Super rozdział skarbie ;* kiedy next??

    OdpowiedzUsuń
  10. Wreszcie zaczyna się coś dziać pomiędzy Jade ,a Harrym, znaczy wcześniej też coś było ale teraz no... Jest jeszcze bardziej. Łiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!!!!!!! <333 Jak ja ich kocham. Gdyby tylko ten idiota Styles zrzucił te maskę "Pana Ciemności" >.< No ale w sumie nie było by tego fajnego klimatu ;P
    Czekam na następny rozdział. I więcej takich scen z Aronem kochanieńka :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam plan, więcej Arona! !! Mam nadzieje, że nowy rozdział Ci się spodoba :)

      Usuń
  11. Zostałaś nominowana do Liebster Award przeze mnie :) Szczegóły na moim blogu: http://love-a-little-better-harry-styles.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń